O autorze
Kocham pisać, choć ostatnio zawodowo tym się nie zajmuję. Komputer redaktora zamieniłem na dyrektora biura Marketingu i Reklamy Radia Gdańsk. Wyznaję jednak zasadę, że dyrektorem się bywa, dziennikarzem się jest. Mąż Aldony, ojciec trójki dzieci. Wykładowca Ateneum Szkoły Wyższej w Gdańsku. Biegacz amator. – Chcę pisać o bieganiu z perspektywy amatora. Zawodowstwo już mi nie grozi, ale grozi pokusa dogonienia tych co trenują od lat. Chcę cieszyć się z biegania i dotrzeć na metę maratonu. Bez pośpiechu. Organizm musi być przygotowany do takiego wysiłku. Będę pisać także o innych ważnych dla mnie sprawach. Jakich? Czas pokaże.

Piłkarskie święto w mieście wolności

Sektorówka, wielka flaga  przygotowana przez polskich kibiców Barcelony, zrobiła wrażenie także na katalońskich piłkarzach.
Sektorówka, wielka flaga przygotowana przez polskich kibiców Barcelony, zrobiła wrażenie także na katalońskich piłkarzach. własne
Lechia Gdańsk, tak jak przewidywali niemal wszyscy, nie przegrała z Barceloną. Mało tego piłkarze zagrali tak, że nie mają czego się wstydzić. Nie zawiedli kibice. Atmosfera na stadionie robiła wrażenia, szczególnie od momentu, kiedy gdańszczanie strzelili bramkę. Wtedy przebudzili się fani biało-zielonych i zaczęło się piłkarskie święto, które trwało do końca meczu. Na gorąco dostrzegam jedną rysę na zdarzeniu. Zbyt dużo pustych krzesełek na PGE Arenie. A szkoda.

Lechia Gdańsk – Barcelona. To spotkanie nie tylko sportowe. To wydarzenie, które tworzy historię mojego miasta. Współczesną historię Gdańska. Po wielkim Juventusie Turyn, który zagrał w Pucharze Zdobywców Pucharów z Lechią Gdańsk w 1983 roku, to druga tak wielka marka, która zawitała do grodu nad Motławą. Świadomie piszę marka, aby nie narazić się na komentarze, że Barcelona przyleciała w rezerwowym składzie. Messi, Neymar, Pinto, Alexis, Song to jednak nazwiska, których znawcom piłki nożnej nie trzeba przedstawiać. Oni zagrali na PGE Arenie. Zagrali i tylko zremisowali 2-2 z Lechią Gdańsk. I proszę mi nie mówić, że Katalończycy zlekceważyli gdańszczan itp. Nie chcę tego słuchać. Zresztą uważam, że nie zlekceważyli. Dziś cieszę się, że razem z innymi kibicami mogłem zedrzeć gardło oglądając mecz dwóch ulubionych drużyn. Obejrzeć go w moim mieście, w moim kraju. Bo do tej pory mecze Barcelony oglądałem tylko w Hiszpanii. Już dawno tak dobrze się nie bawiłem. Były bramki i były emocje. A, o to przecież chodzi. Cieszę się, że doczekałem czasów, kiedy mogę zabrać na mecz wielkiej drużyny rodzinę i mogę się z nimi dobrze bawić. Na długo w pamięci pozostanie radość najmłodszego dziecka, 9-letniego Kajetana, który kiedy zobaczył na murawie ulubieńców: Messiego i Neymara przytulił się do mnie i podziękował. Łza w oku się zakręciła. Dla takich chwil warto żyć.



Fajnie było podziwiać polskich kibiców, fanów Barcelony, którzy uszyli sektorówkę, której może jeszcze nigdy piłkarze z Katalonii nie widzieli. Doping w ich wykonaniu był niesamowity. I aż do 16 minuty meczu, kiedy to Jarosław Bieniuk strzelił głową piękną bramkę rywalowi, dominowali na trybunach. Jednak w tym momencie kibice biało-zielonych, także ja, przebudzili się i już do końca meczu było słuchać na zmianę: Lechia, Lechia, Lechia, Barca, Barca, Barca.

Fajnie było patrzeć na boisko i zobaczyć gdańskich piłkarzy, którzy nie wystraszyli się rywali. Grali z wielkim sercem. A to co trener Michał Probierz wyczyniał przy bocznej linii, jak motywował do jak najlepszej gry zawodników, w pamięci pozostanie na długo. Sztuczne ognie po ostatnim gwizdku oraz biało-zieloni dziękujący wszystkim kibicom, bez wyjątku, za doping też były super. To było piłkarskie święto w Gdańsku. Mieście wolności.

Rysą na całym zdarzeniu, o którym teraz chcę napisać, były puste krzesełka na PGE Arenie. Powód? Zbyt wysokie ceny. To błąd organizatorów. Najtańsze bilety za 95 złotych to przesada. 200, a nawet 400 złotych za wejściówkę już trudno komentować. Jestem pewny, że gdyby bilety były o połowę tańsze stadion wypełniłby się po brzegi. A tak na żywo mecz Lechii i Barcelony obejrzało na obiekcie, który może pomieścić ponad 40 tysięcy, niewiele ponad 20 tysięcy kibiców. Za najtańszy bilet na derby Barcelony w stolicy Katalonii płaciłem 20 euro. A nikogo nie muszę przekonywać, że zdolność nabywcza Hiszpanów jest większa niż Polaków. Dostrzegam taką tendencję wśród naszych przedsiębiorców, że zamiast małą łyżeczką chcą „nachapać” się jak najszybciej. I niestety, nie zawsze na dobre im to wychodzi. W Gdańsku ceny w restauracjach są wysokie, jeśli nie powiedzieć bardzo wysokie. Często lokale świecą pustkami albo co gorsza zaraz po sezonie upadają. Bo jak wyjadą bogaci turyści, to klientów brak. Chlubnych przypadków jest ciągle tylko kilka. Tam zauważa się klientelę przez cały rok. Jedzenie niedrogie i smaczne, a biznes przedsiębiorców kwitnie. Oby jak najszybciej i organizatorzy takich przedsięwzięć jak Super Mecz zrozumieli, że to jest słuszna droga do sukcesu, także ekonomicznego.
Trwa ładowanie komentarzy...