Biegaj tak, aby nie płakać i płacić

Dwa ostatniego biegi uliczne w Gdyni to rekordy frekwencji. W ostatnim, Nocnym Biegu Świętojańskim na mecie zameldowało się 4363 zawodników.
Dwa ostatniego biegi uliczne w Gdyni to rekordy frekwencji. W ostatnim, Nocnym Biegu Świętojańskim na mecie zameldowało się 4363 zawodników. Dawid Dybuk
Z dnia na dzień przybywa ludzi, którzy biegają. Niestety, z dnia na dzień przybywa osób, które borykają się z kontuzjami. Są minimum dwa powody, które prowadzą prostą drogą do takiej sytuacji. "Gorące głowy" i wszechpotężny, nieodpowiedzialny lobbing, tych, którzy na biegaczach zarabiają.

Biegam od roku. W tym czasie poznałem wielu ludzi, którzy podobnie jak ja „nakręcili się” na taką formę odpoczynku. I niemal wszyscy jako początkujący popełnili błędy, które najprościej można nazwać „gorącą głową”. Szybciej, dalej, więcej zapominając o regeneracji organizmu. A jak boli, to trzeba to rozbiegać. Niestety, nie pomagają tłumaczenia lekarzy, że jak boli to znaczy, że organizm prosi, jeśli nie powiedzieć żąda, przerwy. I nie mam tutaj na myśli zakwasów. Mówię o bólu w kolanie, kostce, łydce, pachwinie itp. Bólu, który trzyma dłużej niż kilkanaście godzin. Poszedłem rozbiegać – słyszałem od kolegów. Efekt? Kontuzja i kilkutygodniowa przerwa w wersji optymistycznej. Powroty też nie są łatwe. Trzeba zrobić to powoli, z głową. Ja po pierwszej kontuzji pachwiny, w drugim miesiącu treningu, wracałem do zdrowia trzy razy. Mało tego, w Biegu Westerplatte w Gdańsku debiutowałem z bólem. Kiedy wystartowałem adrenalina zrobiła swoje i nic nie czułem. Na mecie ledwo szedłem. I w imię czego? Bo muszę dobiec, bo to debiut, bo… głupich tłumaczeń było więcej. Powrót do pełni zdrowia zajął mi prawie dwa miesiące. Na szczęście tylko tyle. Ale znam takich, którzy za brak rozsądku i „gorącą głowę” zapłacili wyższą cenę. Nawet pół roku przerwy. Bo jeśli zaczynasz biegać to musisz pamiętać, że uprawianie jakiegokolwiek sportu, to dwie podstawowe składowe: praca i wypoczynek. – To dwa elementy, wzajemnie się uzupełniające – mówi profesor Wojciech Ratkowski z AWFiS Gdańsk, mistrz Polski w maratonie z 1984 roku. – Wypoczynek jest szalenie ważny. Organizm potrzebuje minimum jeden dzień regeneracji pomiędzy treningami, aby uniknąć przetrenowania. Dzięki regularnemu wypoczynkowi polepszymy wydajność organizmu podczas wysiłku.

I gdyby tak wszyscy chcieli słuchać profesora. Niestety, raczej bliższe jest nam powiedzenie, że mądry Polak po szkodzie. Nadzieja taka, że po pierwszej kontuzji wyciągniemy wnioski. Jeśli nie, to fundujemy sobie, niekiedy poważne problemy i to na własne życzenie. Jednak gorzej, kiedy te dopadają nas za sprawą tak zwanych fachowców. Przygotowując się do pierwszych dziesięciu kilometrów we wspomnianym wyżej biegu pomyślałem, że super byłoby spełnić marzenie sprzed lat. Pobiec w maratonie. Plan był taki, aby za dwa lata, na czterdzieste urodziny wystartować w królewskim dystansie. I od razu odezwali się koledzy. Po co czekać dwa lata, dasz radę za rok – mówili. Dodam, że obaj biegają od lat. Niewiele trzeba było czekać. Głowa się zagotowała. Do tego zacząłem przeszukiwać Internet, a tam poradniki, rozpiski treningów. W 90, 120, 150 dni do maratonu. I tak się nakręciłem, że zacząłem przygotowania zgodnie z zaproponowanymi planami. Po pół roku dobiegłem do połówki. Tylko w grudniu ponad 150 kilometrów w nogach. Efekt? Przy złej diecie, przemęczeniu i nadkilometrażu – angina. Chwilę później druga. Nie chorowałem na nią od lat.

Przesadziłem. Trzeba słuchać organizmu – pomyślałem i ruszyłem biegać obiecując poprawę. Co miesiąc zwiększałem dystanse. I znowu dobiegłem do połówki. W maju przebiegłem ponad 180 kilometrów. Jesienny maraton był coraz bardziej realny. Aż na 16 kilometrze biegu ból kolana. Wizyta u ortopedy i diagnoza: zwapnienie przyczepu mięśnia czterogłowego i torbiel Bakera. Sześć tygodni przerwy. Rehabilitacja. Wizyty w klinice i rozmowy z fizjoterapeutami oraz lekarzami otworzyły mi oczy. Mam nadzieję, że tym razem szeroko i na dłużej. Już wizyta u pierwszego medyka uświadomiła mi coś ważnego. - W tym wieku w ciągu dwóch trzech miesięcy treningu wydolnościowo jest Pan w stanie dojść do dobrych efektów – mówiła lekarz. - Niestety, to za mało dla stawów i mięśni. Te potrzebują dużo więcej.

Ile? Nawet 500 dni. Dużo, prawda? I tu jest pies pogrzebany. W żadnym ze wspomnianych, a znalezionych w Internecie treningów nie znalazłem informacji, że te 90, 120 itp. dniowe są dla osób, które są aktywne od dłuższego czasu, a ich organizm przyzwyczajony do wysiłku. Można powiedzieć, że biegają od przynajmniej kilkunastu miesięcy. Jeśli tak nie jest, to szanse na kontuzję wzrastają i to bardzo mocno. - Główną przyczyną kontuzji jest zastosowanie zbyt dużych obciążeń i zbyt częstego treningu w stosunku do możliwości. Tkanka łączna w naszym ciele potrzebuje czasu na adaptację do coraz większych obciążeń treningowych. To znaczy: żeby biegać długo i radośnie trzeba przygotowywać się około dwa lata, a nie zmieniać długość dystansu w krótkim okresie 12-14 tygodni – tłumaczy Rafał Hejna, fizjoterapeuta z Rehasport Clinic.
Tak jest w moim przypadku. Jako nastolatek, młody mężczyzna byłem czynny. Grałem w piłkę, kosza, siatkówkę. Jeździłem na rowerze. Jednak piętnaście lat przerwy zrobiło swoje. Kiedy zacząłem biegać regularnie 10 kilometrów nic złego się nie działo. Kiedy zwiększałem dystans pojawiały się problemy z kolanem, które jeszcze przed wizytą u lekarza kilka razy dawało sygnały ostrzegawcze. Ból krótką przerwą zagłuszyłem. Jednak uraz pozostał. Dziś to poważniejsza kontuzja, która wymaga przerwy i rehabilitacji. Nie wiem, czy gdybym przeczytał, że plan przygotowań do maratonu jest dla osób delikatnie mówiąc zaawansowanych, wziąłbym sobie to do serca. Może. Wiem natomiast, że niektórzy tak zwani fachowcy, milczą na ten temat. Najprawdopodobniej powiedzenie prawdy o czasie, który trzeba poświęcić na przygotowanie do dłuższych niż dziesięć kilometrów dystansów mogłoby zniechęcić niektórych biegaczy, szczególnie tych, którzy biegają bo jest to modne. A tak biegają i biznes się kręci. I to niezły biznes. Według szacunków już dziś Polski rynek związany z bieganiem wart jest półtora miliarda złotych!

Co warto jeszcze dodać? Idea tego tekstu jest taka, aby powiedzieć coś ważnego, idąc pod prąd tych, dla których liczy się tylko kasa. Tak więc Panie i Panowie, którzy połknęli bakcyla biegania, mają na karku 30, 40 i więcej lat i dopiero w tym wieku zaczynają uprawiać jakikolwiek sport proszę o uwagę. Profesor Wojciech Ratkowski, człowiek który „ma w nogach” 120 tysięcy kilometrów, twierdzi: Tak naprawdę człowiek w wieku 40 lat powinien bez problemów przebiegać 10 km w 45-50 minut. Natomiast, jeżeli ktoś dopiero zaczyna przygodę z aktywnością fizyczną, to potrzebuje na dojście do tego pułapu i utrzymanie go, nawet 3-5 lat systematycznych treningów. Należy biegać wtedy 2-3 razy w tygodniu. Trzeba się zmusić do takiego postępowania: truchtania przez 1-1,5 minuty, potem marsz 1,5-2 minuty i powtórzyć 3-4 takie cykle. Wyjdzie ok. 15 minut intensywnego ruchu. Po dwóch dniach wydłuż to o jedną jednostkę , do 4-5 cykli i tak dalej. Spokojnie, dla zdrowia i przyjemności – kończy profesor.
Trudno z mistrzem się nie zgodzić. Trudniej jednak to zastosować, szczególnie jak wokół nas fałszywi doradcy, którzy twierdzą: szybciej, dalej... a nie pytają czy nasz organizm jest do tego przygotowany. Tak więc nie pozostaje nic innego, jak życzyć wszystkim zimnej głowy, spokoju i biegania dla zdrowia i przyjemności. Tak, aby biegać i nie płakać, a także płacić, bo koszt rehabilitacji w Polsce jest duży. Jedna wizyta w dobrej klinice to nawet 100 złotych. Na NFZ nie można zbytnio liczyć, bo terminy są odległe.
Trwa ładowanie komentarzy...